Jestem po seansie, zapaliłam pierwszego papierosa i patrzę w dal, choć tak naprawdę nie widzę nic poza obrazami, które przed chwilą zgasły na ekranie. Moje oczy są spuchnięte od łez. „Hamnet” to nie jest po prostu kolejny film. To spotkanie z własną wrażliwością w jej najczystszej postaci.
Tragedia, która była życiem
Wszyscy znamy Szekspira jako wielkiego dramaturga, pomnikową postać literatury. Ale „Hamnet” zdejmuje go z cokołu. Widzimy Williama jako młodego mężczyznę, męża i ojca, który ucieka z ciasnego Stratfordu do Londynu, bo dusi się pod ręką ojca-tyrana. Widzimy jego ogromną miłość do Agnes – kobiety niezwykłej, niemal mistycznej, która widzi więcej niż inni.
Jednak sercem tej opowieści jest ich syn, Hamnet. Chłopiec o jasnych włosach, który stał się cichym bohaterem największej ofiary. Kiedy jego siostra-bliźniaczka, Judith, zaczyna odchodzić w uścisku zarazy, Hamnet wpada na plan, który rozdziera serce każdego widza, a zwłaszcza rodzica. Postanawia przechytrzyć śmierć. Kładzie się obok siostry, wyrównuje z nią oddech, szepcze jej imię. Wierzy, że skoro są identyczni, śmierć ich nie odróżni i zabierze jego zamiast niej.
I tak się stało. On odszedł „do lasu”, za delikatną firanę wieczności, a ona przeżyła. Ta zamiana ról stała się brzemieniem, które rodzina niosła przez lata w gęstej, dusznej ciemności.
Samotność Agnes i wyrzuty sumienia Williama
Jako matka, czułam ból Agnes w każdej komórce ciała. To ona została na miejscu, w tej bolesnej ciszy domu, w którym brakuje jednego dziecka. To ona patrzyła, jak jej mąż wyjeżdża, nie potrafiąc udźwignąć ciężaru winy – bo nie było go przy synu, gdy ten wydawał ostatnie tchnienie.
Film genialnie pokazuje tę przepaść: ona mierzy się z realnością braku, on próbuje ten brak „zapisać”, przekuć w słowa, uciec w teatr. Ich ponowne spotkanie w Londynie, podczas premiery „Hamleta”, jest jednym z najbardziej przejmujących momentów, jakie widziałam w kinie. Agnes patrzy na scenę i widzi dorosłe uosobienie swojego synka. Słyszy słowa „Być albo nie być” i rozumie, że to nie jest tylko poezja. To krzyk ojca, który chciałby zamienić się miejscami ze zmarłym dzieckiem.
Refleksja nad „Być albo nie być”
„Hamnet” zmusza do refleksji nad tym, jak cienka jest granica między życiem a śmiercią.
To kino dojrzałe, ambitne, operujące obrazem i ciszą w sposób mistrzowski. Reżyser nie musi krzyczeć, byśmy poczuli rozpacz – wystarczy widok pustego miejsca przy stole czy jednostajny oddech dwójki dzieci, który nagle staje się oddechem tylko jednej osoby.
Z całego serca polecam Wam ten film. Obejrzyjcie go w ciszy, pozwólcie sobie na te łzy. To piękna lekcja empatii i przypomnienie, że choć śmierć może zabrać nam bliskich, to miłość – i sztuka – mają moc czynienia ich nieśmiertelnymi.
A.
Dodaj komentarz
Komentarze